Inwestycje, Gospodarka, Polityka
31-08-2026
Pojedziesz do sklepu, zobaczysz cenę jabłek. Pojedziesz do skupu, zobaczysz cenę, jaką dostajesz za te same jabłka. Między jednym a drugim jest przepaść. I nie, to nie jest twoja wyobraźnia.
Rolniczy samorząd sam poszedł z tym do UOKiK, pytając wprost o rażącą różnicę między ceną skupu chleba, nabiału, owoców, warzyw i mięsa a ceną, jaką płaci klient w sklepie. Odpowiedź urzędu? Zebrane dane nie dają podstaw, by podejrzewać jakiekolwiek nielegalne praktyki. Skandalicznie niskie ceny skupu warzyw to według UOKiK po prostu wynik "zaniedbań systemowych, znaczącej podaży krajowej oraz wysokiego importu". Koniec tematu, wracajcie do roboty.
Tylko że w tym samym komunikacie urząd sam przyznaje coś więcej: struktura tego rynku od lat działa na niekorzyść rolnika, bo sieci handlowe kontrolują sprzedaż detaliczną, a producentów jest tysiące, rozdrobnionych i bezbronnych wobec kilku wielkich graczy. Czyli: system jest ustawiony przeciwko tobie, ale nikt konkretny nic nie zrobił źle. Wygodna diagnoza, prawda?
To nie jest teoria spiskowa. To są kary, które już zapadły
Bo o ile trudno UOKiK-owi udowodnić zmowę cenową między wielkimi sieciami, o tyle w konkretnych sprawach kary już poleciały. Brzmią poważnie, dopóki nie zestawisz ich z obrotami tych firm – wtedy widać, że to dla nich rachunek za parking, nie realna dolegliwość:
Do tego dochodzi cały katalog praktyk, które UOKiK sam wymienia jako najczęstsze grzechy sieci: rabaty wsteczne pobierane po fakcie, bez wcześniejszych ustaleń. Opłaty za "usługi marketingowe", które nigdy się nie odbyły. Przerzucanie kosztów logistyki wewnętrznej sieci na dostawcę. I zaniżanie cen poniżej kosztów produkcji – czyli płacenie rolnikowi mniej, niż go kosztowało wyprodukowanie towaru. Jest nawet przypadek, w którym dostawca przywozi towar do magazynu sieci, traci do niego prawo własności, a potem sam płaci za jego dalszą dystrybucję. Wymyśl to sam, nie dasz rady wymyślić czegoś bardziej bezczelnego.
Prawo, które miało pomóc, i nie pomaga
Ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej obowiązuje od 2017 roku. Miała chronić rolnika przed korporacją. Latem 2026 r., przy okazji pierwszego czytania w Sejmie jej kolejnej nowelizacji – tej wprowadzającej zakaz skupu poniżej kosztów produkcji – padły słowa, które warto zapamiętać. Jan Krzysztof Ardanowski szacował, że około 30% gospodarstw może upaść w ciągu najbliższych kilku miesięcy. A sam UOKiK ostrzega przed mechanizmem, który zamiast chronić słabszą stronę, mógłby w praktyce usankcjonować niekorzystne dla niej warunki.
Czyli mamy ustawę od blisko dziesięciu lat, mamy jej nowelizację w toku, a politycy odpowiedzialni za jej powstanie sami mówią, że nic to nie zmieni. To nie jest ochrona rolnika. To jest teatr, w którym wszyscy grają swoje role, a ceny skupu i tak ustala ten, kto ma większą siłę przy stole.
Mleko, jabłka, ziemniaki – ten sam mechanizm w każdej branży
UOKiK prowadzi dziś kilkanaście spraw dotyczących m.in. skupu ziemniaków, kapusty, terminów płatności za jabłka i cen owoców jagodowych. Sprawdza też umowy mleczarni z rolnikami – bo w wielu z nich mleczarnia może jednostronnie zmieniać cennik, bez żadnych gwarancji dla dostawcy, a rolnik nie ma realnej możliwości zweryfikowania wyników badania jakości mleka, od których zależy jego wynagrodzenie. To znaczy, że ktoś inny mówi ci, jaka jest jakość twojego towaru, i na tej podstawie płaci ci mniej, a ty nie masz jak tego sprawdzić.
W latach kiedy pojawia się rekordowa nadpodaż jabłek producenci oskarżają przetwórców o zaniżanie cen skupu. Przetwórcy odbijają piłeczkę, mówiąc że polskie jabłka nie są dostosowane do ich potrzeb. A najciekawsze jest to, na co zwracają uwagę sami uczestnicy tego sporu: w całej dyskusji o "sprawiedliwej" umowie kontraktacyjnej między producentem a przetwórcą brakuje trzeciego gracza – sieci handlowych, które są głównym odbiorcą jabłek deserowych w Polsce. Ustala się zasady gry między dwoma słabszymi stronami, a ten, kto naprawdę dyktuje ceny, siedzi poza stołem.
A co z tym importem, kiedy polskie leży i gnije
Tu dochodzimy do sedna absurdu. Przez lata słyszeliśmy o skracaniu łańcuchów dostaw, o strategii "Od pola do stołu", o ograniczaniu śladu węglowego transportu żywności. Piękne hasła. A w praktyce mamy sytuację, w której – jak przyznaje sam UOKiK – zaniżone ceny skupu warzyw w Polsce to efekt między innymi wysokiego importu, w tym samym czasie, gdy krajowa podaż jest wysoka. Realny produkt marnuje się albo sprzedaje po cenie poniżej kosztów, bo na rynek wchodzi tańszy odpowiednik z zagranicy. Gdzie tu ochrona klimatu? Gdzie logika w tym, że transportuje się warzywa przez pół kontynentu, kiedy identyczny produkt gnije pięćdziesiąt kilometrów od sklepu?
Podobny mechanizm, tylko w większej skali, majaczy przy umowie UE–Mercosur. Warto tu być uczciwym: pierwsze dane po wejściu umowy w życie pokazały coś odwrotnego niż zapowiadany "zalew" – polski eksport do krajów Mercosur wzrósł, a import stamtąd spadł. To fakt i nie ma sensu go ukrywać.
Ale jeden dobry miesiąc nie unieważnia strukturalnego ryzyka. Umowa wprowadza wieloletni okres przejściowy, w którym kontyngenty na wołowinę, drób, cukier i etanol będą rosły z roku na rok. Ponad 80% polskiej wołowiny i ponad 70% drobiu sprzedajemy dziś na rynku unijnym – więc nawet jeśli import do Polski wprost nie wzrośnie, tańsze mięso z Mercosuru może wypychać polski towar z rynków innych krajów UE, gdzie dziś go sprzedajemy. To ryzyko pośrednie, ale realne. Dlatego tak ważny było złożenie skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE. Nie dlatego, że boi się jednego miesiąca statystyk. Dlatego, że wie, jak to się może skończyć za pięć czy dziesięć lat, kiedy kontyngenty w pełni wejdą w życie, a produkty z krajów o niższych standardach środowiskowych i innych zasadach stosowania pestycydów zaczną realnie konkurować ceną z polskim gospodarstwem, które musi spełniać unijne wymogi od pierwszego dnia.
Co z tego wynika
System jest skonstruowany tak, że rolnik zawsze jest najsłabszym ogniwem. Ma tysiące konkurentów po swojej stronie łańcucha i garstkę odbiorców po drugiej. Prawo, które miało go chronić, samo w sobie przyznaje się do bezradności. Urząd, który miał pilnować uczciwości, w konkretnych sprawach nakłada kary idące w setki milionów złotych, a w sprawach ogólnych rozkłada ręce i mówi, że nie ma podstaw do podejrzeń. A hasła o ekologii i lokalności zderzają się z realnym importem, który zabija cenę tam, gdzie krajowy produkt akurat czeka na sprzedaż.
Jedyne, co realnie działa na korzyść rolnika, to głośne mówienie o konkretach. Zgłaszanie do UOKiK, kiedy odbiorca zaniża cenę poniżej kosztów albo jednostronnie zmienia warunki umowy – można to zrobić anonimowo, przez formularz na stronie urzędu. Pilnowanie umów kontraktacyjnych, zanim się je podpisze, a nie po fakcie. I nieustępliwe przypominanie – każdemu politykowi, każdej sieci, każdemu dziennikarzowi – że za każdą "rekordową nadpodażą" i "korzystną ceną dla konsumenta" stoi ktoś, kto włożył w to cały sezon pracy i dziś nie odzyskuje nawet kosztów.
Źródła: Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, farmer.pl, topagrar.pl, Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ), Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW), rp.pl, portalspozywczy.pl,.