Inwestycje, Gospodarka, Polityka
21-08-2026
Jak niedoceniane jest polskie złoto – czyli o tytoniu, urzędniczej ślepocie i dojeniu zielonej wyspy
Żyjemy w kraju urokliwych paradoksów. Gdy na świecie jakaś branża przynosi miliardy, daje pracę tysiącom ludzi, zapewnia eksport i pozwala zbudować cały łańcuch wartości — od rolnika po zaawansowany przemysł — rozsądne państwo zastanawia się, jak ten potencjał wykorzystać. Jak zatrzymać inwestycje, technologię, podatki i miejsca pracy u siebie.
U nas czasami wygląda to inaczej.
U nas wzywa się urzędników z Ministerstwa Finansów, którzy patrząc na dojną krowę, dochodzą do genialnego wniosku: „Skoro daje dużo mleka, to zakręćmy jej wodę, podnieśmy koszt paszy i sprawdźmy, czy przypadkiem nie zacznie dawać dwa razy więcej”.
Mówimy o tytoniu. Tak, dokładnie o tym pogardzanym w debacie publicznej, bezczelnie zielonym surowcu, który — niezależnie od całkowicie uzasadnionej polityki ograniczania palenia — pozostaje jednym z najbardziej wartościowych elementów polskiego eksportu rolno-spożywczego i źródłem wielomiliardowych wpływów podatkowych.
Problem polega na tym, że zamiast zastanowić się, jak przeprowadzić tę branżę z epoki papierosa do epoki zaawansowanego przetwórstwa, produktów bezdymnych, surowców nikotynowych i chemii wysokiej czystości, my coraz częściej zajmujemy się głównie wymyślaniem kolejnych obciążeń.
Mocarstwo znad Wisły, o którym nikt nie mówi
Świadomość społeczna na temat polskiego tytoniu zatrzymała się gdzieś na poziomie wyrobu papierosopodobnego z czasów głębokiego PRL-u. Tymczasem liczby pokazują coś zupełnie innego.
Na koniec 2024 roku w oficjalnym rejestrze Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa figurowało 3399 producentów surowca tytoniowego. Ponad połowa — 1849 — działała w samym województwie lubelskim. W 2024 roku skupiono od producentów niemal 18,9 tys. ton surowca pochodzącego ze zbiorów z poprzedniego roku. Jest jednak druga strona medalu: od 2018 roku liczba zarejestrowanych producentów zmniejszyła się o ponad 31 proc., a masa skupowanego surowca o blisko 25 proc.
To nie są bezduszne hektary. To konkretne gospodarstwa, rodziny i regiony, w których tytoń przez dziesięciolecia był jedną z niewielu wysokodochodowych upraw możliwych również na słabszych glebach.
Ale polski tytoń to dopiero początek układanki.
Polska jest jednym z kluczowych europejskich centrów produkcji i eksportu wyrobów tytoniowych. Według KOWR w 2024 roku wartość polskiego eksportu tytoniu i wyrobów tytoniowych osiągnęła 5,6 mld euro. To około 10 proc. całej wartości polskiego eksportu rolno-spożywczego. Do samych państw Unii Europejskiej sprzedaliśmy te towary za około 4,7 mld euro. W eksporcie żywności i produktów rolnych większą pozycją wartościowo były właściwie tylko mięso i produkty zbożowe.
Trudno więc mówić o niszowej gałęzi gospodarki. To jeden z dużych polskich przemysłów eksportowych.
I teraz dochodzimy do części najciekawszej.
Nowoczesny rynek nikotynowy nie kończy się dziś na tradycyjnym papierosie. Rozwijają się produkty bezdymne, płyny do e-papierosów, saszetki nikotynowe oraz kolejne kategorie wyrobów, w których — tam, gdzie stosowana jest nikotyna jako surowiec — potrzebna jest substancja o bardzo wysokiej czystości i ściśle kontrolowanych parametrach.
I Polska ma własne kompetencje również tutaj.
Na polskim rynku funkcjonują firmy z polskim kapitałem i polską myślą technologiczną, które rozwinęły kompetencje w zakresie produkcji i oczyszczania nikotyny o wysokiej czystości, wykorzystywanej w nowoczesnych wyrobach nikotynowych. To pokazuje, że Polska posiada nie tylko zaplecze surowcowe w postaci krajowych upraw tytoniu, ale również wiedzę, technologię i przedsiębiorców zdolnych do budowania zaawansowanego przemysłu nikotynowego konkurującego na rynkach międzynarodowych.
Problem polega na tym, że potencjał ten nie jest dziś w pełni wykorzystywany w kraju. Polskie firmy rozwijają działalność wyłącznie poza granicami Polski, podczas gdy odpowiednio skonstruowane, stabilne przepisy mogłyby zachęcać je do lokowania ekstrakcji właśnie tutaj — od skupu polskiego tytoniu, przez ekstrakcję i oczyszczanie nikotyny, aż po sprzedaż wysoko przetworzonego produktu na rynki światowe.
W efekcie polska myśl technologiczna, polski kapitał i polski surowiec mogłyby tworzyć jeden krajowy łańcuch wartości, zamiast funkcjonować obok siebie i generować część wartości dodanej poza Polską.
Czyli mamy w jednym kraju niemal wszystkie elementy układanki: rolnika produkującego tytoń, przemysł przetwórczy, potężny eksport oraz polską technologię pozwalającą otrzymywać wysoko oczyszczoną nikotynę.
Brakuje jednego: spójnej polityki państwa, która połączyłaby te elementy w jeden krajowy łańcuch wartości.
I tutaj dochodzimy do absurdu.
Proces ekstrakcji nikotyny bezpośrednio z surowca tytoniowego przez lata był przedmiotem poważnego sporu akcyzowego. W interpretacji z 2020 roku fiskus potraktował ekstrakcję nikotyny z pyłu tytoniowego jako „zużycie” suszu mogące powodować obowiązek akcyzowy.
I właśnie tutaj powinien wkroczyć ustawodawca — ale nie z kolejnym podatkiem.
Polska powinna stworzyć jednoznaczne i stabilne przepisy dla przemysłowej ekstrakcji nikotyny z tytoniu, tak aby opłacało się prowadzić cały proces właśnie tutaj: skupować surowiec od polskich plantatorów, ekstrahować nikotynę w Polsce, oczyszczać ją w Polsce i sprzedawać na światowe rynki produkt o znacznie wyższej wartości dodanej niż sam liść tytoniowy.
Nie chodzi o administracyjny zakaz importowania nikotyny. Chodzi o stworzenie takich warunków gospodarczych, aby w produktach wytwarzanych w Polsce i wymagających czystej nikotyny nikotyna wyprodukowana w Polsce, możliwie z polskiego tytoniu, była naturalnym pierwszym wyborem producenta.
To byłaby prawdziwa polityka przemysłowa.
Plantator przestałby być wyłącznie dostawcą surowca do tradycyjnego papierosa czy shishy. Dostałby drugi rynek zbytu. Polska firma technologiczna dostałaby powód, aby kolejne instalacje budować nad Wisłą, a nie za granicą. Państwo dostałoby miejsca pracy, CIT, PIT, eksport i inwestycje.
Mamy surowiec. Mamy ludzi. Mamy technologię.
Potrzebujemy jeszcze państwa, które nie będzie im przeszkadzało ze sobą współpracować.
Mapa Akcyzowa wyrzucona do kosza
Zamiast jednak spokojnie budować długoterminową strategię, państwo postanowiło ponownie wyciągnąć swój ulubiony instrument polityki gospodarczej: kalkulator akcyzowy.
Przez kilka lat branża funkcjonowała w czymś, co w polskich warunkach można było uznać niemal za luksus — w przewidywalnym harmonogramie podatkowym.
Wprowadzona w 2021 roku tzw. Mapa Akcyzowa określała z góry ścieżkę podnoszenia podatków w latach 2022–2027. W odniesieniu m.in. do papierosów, tytoniu do palenia i wyrobów nowatorskich zakładano zasadniczo wzrost części kwotowej akcyzy o około 10 proc. rocznie. Przedsiębiorca mógł policzyć inwestycję, rolnik planować produkcję, a państwo z wyprzedzeniem znało kierunek zmian.
I nie mówimy tu o branży, która dokłada do budżetu drobne na kawę.
W 2024 roku dochody państwa z akcyzy od grupy obejmującej wyroby tytoniowe, płyny do e-papierosów, wyroby nowatorskie i susz tytoniowy wyniosły prawie 32 mld zł. Dla porównania całość dochodów z podatku akcyzowego wyniosła w tym roku niewiele ponad 90 mld zł.
Czyli to nie jest kura znosząca złote jajko. To jest już całkiem solidna ferma.
Mimo to w 2024 roku państwo zdecydowało się zmienić wcześniej ustaloną ścieżkę.
Od marca 2025 roku część kwotowa akcyzy na papierosy wzrosła o 25 proc., na tytoń do palenia o 38 proc., na wyroby nowatorskie o 50 proc., a stawka dla płynów do e-papierosów aż o 75 proc. Harmonogram przewiduje dalsze podwyżki w 2026 i 2027 roku. Dla papierosów jest to odpowiednio 20 i 15 proc., dla tytoniu do palenia 30 i 22 proc., dla wyrobów nowatorskich 20 i 15 proc., a dla płynów do e-papierosów 50 i 25 proc.
A kiedy rynek zdążył już oswoić się z jedną zmianą, pojawiły się następne.
W lipcu 2026 roku Rada Ministrów przyjęła kolejny projekt zakładający m.in. wzrost akcyzy na urządzenia do waporyzacji z 40 do 50 zł za sztukę oraz podwyższenie od 2027 roku stawki na płyn do e-papierosów z 1,80 do 2,20 zł za mililitr. Na dzień powstawania tego tekstu jest to nadal projekt legislacyjny, a nie obowiązująca stawka — ale świetnie pokazuje skalę regulacyjnej ruchliwości państwa.
To trochę tak, jakby kierowcy najpierw wręczyć mapę i powiedzieć: „Jedź tą drogą przez sześć lat, wtedy dojedziesz do celu”, a mniej więcej w połowie podróży wyrwać mu ją z ręki i oznajmić:
„A teraz skręcamy. Dokąd? Spokojnie. Dowiesz się na następnym skrzyżowaniu”.
I potem dziwimy się, że przedsiębiorcy zaczynają liczyć, czy kolejnej fabryki nie bezpieczniej zbudować gdzie indziej.
Powrót Leśnych Braci i Pana Zdzisia z Bazaru
Złudzenie, że każda podwyżka podatku automatycznie oznacza proporcjonalnie większe wpływy do budżetu, jest stare jak fiskus.
Ekonomiści opisują to m.in. mechanizmem stojącym za krzywą Laffera: przy pewnym poziomie opodatkowania kolejne wzrosty stawek mogą coraz silniej zmniejszać legalną bazę podatkową. W przypadku papierosów dochodzi jeszcze jeden wyjątkowo istotny element — produkt jest niewielki, łatwy w transporcie, ma wysoką wartość w stosunku do objętości i od dziesięcioleci pozostaje przedmiotem przemytu oraz nielegalnej produkcji.
Co robi część konsumentów, gdy różnica pomiędzy legalnym a nielegalnym produktem staje się coraz większa?
Nie każdy z dnia na dzień doznaje olśnienia, zapisuje się na jogę i przestaje palić.
Część ograniczy konsumpcję. Część rzuci palenie. Ale część zacznie szukać Pana Zdzisia, komunikatora internetowego, bazaru albo produktu przewiezionego przez wschodnią granicę.
Polska już raz przerabiała ten eksperyment.
KAS podaje, że w 2015 roku udział nielegalnych papierosów szacowano na około 19 proc. rynku. Później, dzięki działaniom służb, zmianom na rynku i większej stabilności systemu, wskaźnik systematycznie malał — do około 5 proc. na początku obecnej dekady.
Jeszcze bardziej pouczający jest rok 2014. Dochody z akcyzy od wyrobów tytoniowych wyniosły wtedy około 17,9 mld zł i były o 6,3 proc. niższe od planu, a także niższe niż w 2012 i 2013 roku — mimo podwyższania obciążeń. Nie dowodzi to oczywiście, że każda podwyżka akcyzy zmniejsza dochody. Dowodzi natomiast, że proste równanie „wyższa stawka = proporcjonalnie wyższy wpływ” zwyczajnie nie działa.
A jak wygląda sytuacja obecnie?
Według badania KPMG udział nielegalnych papierosów wzrósł z 3,6 proc. w 2023 roku do 4,3 proc. w 2024 roku. W samym IV kwartale 2024 roku miał już wynosić 6,6 proc. W ciągu całego roku na polski rynek miało trafić około 1,85 mld sztuk nielegalnych papierosów, czyli o 23,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Trzeba zaznaczyć, że są to szacunki KPMG, a nie dane administracyjne państwa, ale kierunek zmiany trudno całkowicie zignorować.
A dane państwowych służb pokazują, że przestępczość tytoniowa bynajmniej nie zniknęła.
Tylko w 2025 roku Krajowa Administracja Skarbowa zlikwidowała 27 nielegalnych fabryk papierosów i krajalni, zatrzymała 80 osób, a w skali całego roku ujawniła ponad 184 mln papierosów bez polskich znaków akcyzy, ponad 110 ton tytoniu oraz blisko 38,5 tony suszu tytoniowego. Według KAS głównym kierunkiem przemytu pozostaje granica wschodnia, a kontrabanda pochodzi przede wszystkim z Białorusi.
Przestępczość zorganizowana nie potrzebuje dotacji na rozwój.
Wystarczy jej odpowiednio duża różnica pomiędzy ceną legalnego i nielegalnego produktu.
Dlaczego obrona tego sektora to racja stanu?
Popatrzmy na to z perspektywy kogoś, kto w ten biznes zainwestował realne pieniądze — od polskiego plantatora, przez zakład produkcyjny, aż po polskiego producenta zaawansowanych surowców nikotynowych.
1. Budżet państwa to nie studnia bez dna
Prawie 32 mld zł wpływów z akcyzy z grupy obejmującej tytoń, płyny do e-papierosów, wyroby nowatorskie i susz to kwota, której żaden minister finansów nie może traktować jak drobnych znalezionych w kieszeni marynarki.
Jeżeli legalna sprzedaż zaczyna kurczyć się szybciej, niż rośnie stawka podatku, albo część konsumpcji przenosi się do szarej strefy, papierowe prognozy wpływów przestają mieć znaczenie. Historia lat 2013–2015 pokazuje, że taki scenariusz nie jest ekonomiczną fantastyką.
Podatek pobiera się bowiem od legalnie sprzedanego produktu.
Od papierosa z bagażnika fiskus nadal pobiera dokładnie zero złotych.
2. Uderzenie w polską wieś
Jeszcze ważniejsza jest druga liczba: od 2018 do 2024 roku liczba producentów surowca tytoniowego wpisanych do rejestru KOWR spadła z 4933 do 3399. To ponad 31 proc. w sześć lat.
To nie jest sektor, który potrzebuje kolejnego powodu do zwijania działalności.
Dlatego właśnie Polska powinna szukać dla krajowego tytoniu nowych zastosowań przemysłowych, zamiast patrzeć na niego wyłącznie przez pryzmat tradycyjnego papierosa.
Jeżeli polski tytoń może stać się surowcem do przemysłowej ekstrakcji nikotyny, a czysta nikotyna następnie produktem eksportowym albo surowcem wykorzystywanym przez legalnie działających producentów nowych kategorii wyrobów, to państwo powinno stworzyć warunki, aby taki łańcuch powstał właśnie tutaj.
Polski plantator nie powinien konkurować wyłącznie o kontrakt z fabryką papierosów.
Powinien móc sprzedać swój tytoń również polskiej fabryce nikotyny.
3. Zaoranie polskiej innowacyjności
I tu dochodzimy do rzeczy najbardziej irytującej.
Polska nie musi dopiero szukać przedsiębiorcy, który któregoś dnia być może nauczy się produkować czystą nikotynę. Taki przedsiębiorca już istnieje. Technologia istnieje. Zakład istnieje. Produkt istnieje. Rynki eksportowe istnieją.
Pytanie brzmi więc nie: „czy Polska może zbudować taki przemysł?”.
Pytanie brzmi:
dlaczego nie mielibyśmy zrobić wszystkiego, żeby jego następny etap rozwoju odbywał się właśnie tutaj?
Państwo powinno zapewnić przewidywalne zasady ekstrakcji nikotyny z polskiego tytoniu, uprościć warunki inwestowania w takie instalacje i stworzyć mechanizmy sprzyjające długoterminowym kontraktom pomiędzy producentami nikotyny a polskimi plantatorami.
Nie po to, aby sztucznie utrzymywać palenie papierosów.
Wprost przeciwnie.
Po to, aby wartość ekonomiczna sektora tytoniowego mogła coraz mocniej przesuwać się od prostego spalania liścia w stronę zaawansowanej chemii, technologii, eksportu i wysoko przetworzonych produktów.
To jest różnica pomiędzy polityką gospodarczą a polityką poboru opłat.
Zamiast podsumowania: Czy w tym kraju da się planować?
Polski tytoń to naprawdę gospodarcze złoto — choć dziś bardziej odpowiednie byłoby powiedzieć, że złotem jest cały zbudowany wokół niego łańcuch wartości.
Mamy ponad trzy tysiące plantatorów. Mamy jeden z największych w polskim sektorze rolno-spożywczym strumieni eksportowych — 5,6 mld euro rocznie. Mamy prawie 32 mld zł wpływów z akcyzy z grupy tytoniowo-nikotynowej. Mamy przemysł. Mamy technologię. Mamy polską firmę zdolną produkować wysoko oczyszczoną nikotynę i konkurować na międzynarodowym rynku.
A jednocześnie liczba polskich plantatorów od 2018 roku skurczyła się o ponad 31 proc. i przez lata trzeba było prowadzić sądowy spór, aby wyjaśnić tak fundamentalną rzecz, jak akcyzowe konsekwencje przemysłowej ekstrakcji nikotyny z surowca.
Można oczywiście nadal prowadzić politykę według starego schematu: wyższa akcyza, następna akcyza, nowe urządzenie — nowa akcyza, nowa kategoria — kolejna ustawa.
Można też zrobić coś znacznie ambitniejszego.
Stworzyć strategię, w której polski tytoń nie kończy swojej drogi jako liść, lecz staje się surowcem dla polskiego przemysłu chemicznego i nikotynowego. Strategię, w której wysoko oczyszczona nikotyna stosowana w legalnie produkowanych w Polsce wyrobach, tam gdzie taki surowiec jest potrzebny, w możliwie największym stopniu pochodzi z produkcji krajowej. Strategię, która powoduje, że polski producent nikotyny, planując kolejną instalację do ekstrakcji czy oczyszczania, najpierw patrzy na Lubelszczyznę, a dopiero potem na Wielką Brytanię, Portugalię czy Stany Zjednoczone.
I strategię, dzięki której polski plantator zamiast pytać, kto za kilka lat jeszcze kupi od niego tytoń, dostaje odpowiedź:
polski przemysł.
Bo prawdziwym absurdem nie jest to, że Polska produkuje tytoń.
Absurdem byłoby produkować go, mieć własną technologię ekstrakcji i destylacji, mieć polskich przedsiębiorców potrafiących sprzedawać czystą nikotynę na świecie — a następnie pozwolić, aby większa część wartości dodanej, inwestycji i przyszłego rozwoju tego rynku powstawała poza Polską.
Może więc czas, by na ulicy Świętokrzyskiej ktoś otworzył okno, wpuścił trochę świeżego powietrza i zrozumiał prostą rzecz:
gęś, która znosi złote jaja, nie potrzebuje co roku nowej instrukcji podatkowej.
Potrzebuje przewidywalnych zasad.
A jeśli mamy już polskiego rolnika, polski surowiec i polską technologię, to naprawdę nie jest przesadą oczekiwać, żebyśmy potrafili zbudować z nich również polski przemysł przyszłości.