Inwestycje, Gospodarka, Polityka
07-08-2026
Kiedy prowadzi się biznes w Polsce — czy to na rynku nieruchomości, czy w przetwórstwie rolno-spożywczym — bardzo szybko przestaje się patrzeć na politykę przez pryzmat deklaracji, a zaczyna przez pryzmat faktur. W rolnictwie i przetwórstwie rachunek za prąd i gaz decyduje o tym, czy opłaca się uruchomić kolejną linię produkcyjną, czy lepiej wysłać surowiec za granicę. W nieruchomościach i deweloperce koszt stali, cementu czy nawozów dla partnerów rolniczych przekłada się bezpośrednio na koszt metra kwadratowego i płynność całych gospodarstw.
Dlatego z niepokojem obserwuję europejski spór o unijny system handlu emisjami (ETS). Nie jestem doktrynerem. Nie uważam, że walka o czyste powietrze jest błędem — przeciwnie, zielona transformacja ma głęboki sens, o ile tworzy przewagi, a nie je zabija. Niestety, patrząc z perspektywy praktyka gospodarczego, muszę powiedzieć to wprost: Europa chciała zmusić przemysł do dekarbonizacji, a stworzyła mechanizm, przez który przemysł decyduje się na dekarbonizację poprzez ucieczkę z naszego kontynentu.
Najmocniejsza liczba europejskiego biznesu: 2x
Jeśli chcemy rozmawiać o konkurencyjności bez politycznego pieniactwa, musimy zacząć od twardych danych. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) w raporcie Electricity 2026 podała informację, która powinna wisieć nad biurkiem każdego unijnego komisarza: w 2025 roku ceny energii elektrycznej dla przemysłu energochłonnego w Unii Europejskiej były średnio ponad dwukrotnie wyższe niż w USA i o ponad 50% wyższe niż w Chinach czy Indiach.
Czy za całość tej przepaści odpowiada ETS? Bądźmy uczciwi: nie.
Analizy Europejskiego Banku Centralnego (ECB) pokazują jasno, że skok cen energii w latach 2019–2024 w 63% wynikał po prostu z drastycznego wzrostu kosztów paliw — głównie gazu po utracie tanich dostaw z kierunku wschodniego. Udział samego ETS w końcowej cenie prądu w najbardziej emisyjnych gospodarkach (takich jak Polska) sięgał około 9%.
Problem polega na tym, że ETS nie działa w próżni. Działa jak mnożnik strukturalny. Jeśli masz już z natury drogi gaz, wyższe podatki i niedoinwestowane sieci, narzucenie na to dodatkowego kosztu w postaci certyfikatów CO₂ (oscylujących wokół 75–82 euro za tonę) sprawia, że europejski producent po prostu przestaje być konkurencyjny.
Cztery kanały, którymi ETS uderza w przedsiębiorstwo
Z perspektywy gabinetu prezesa czy właściciela firmy wpływ polityki klimatycznej nie ogranicza się do jednego denerwującego przelewu pod koniec miesiąca. Gdyby chodziło o prosty podatek, kalkulowałbyś go w marży i szedł dalej. Problem polega na tym, że unijny system handlu emisjami działa inaczej – to skomplikowana sieć naczyń połączonych, która rekonfiguruje cały model biznesowy przedsiębiorstwa i atakuje jego rentowność z czterech zupełnie różnych stron jednocześnie.
Przede wszystkim uderza w nas koszt bezpośredni. Dla firm z sektorów energochłonnych – hut, cementowni, rafinerii czy zakładów chemicznych – ten kanał działa z niemal brutalną siłą. Jeśli twój proces technologiczny wymaga spalania paliwa lub wywołuje reakcję chemiczną uwalniającą dwutlenek węgla (jak przy kalcynacji wapienia w cementowni), musisz do każdej tony wyemitowanego CO₂ dokupić unijne uprawnienie EUA. Gdy certyfikaty kosztują około 80 euro za tonę, zysk operacyjny zakładu ucieka bezpośrednio na giełdę uprawnień. Zamiast finansować ekspansję, kupujesz prawo do tego, by twój zakład mógł w ogóle pracować.
Drugim, znacznie bardziej podstępnym mechanizmem jest koszt pośredni w cenie prądu. To zjawisko, które najbardziej oszukuje opinię publiczną. Wielu przedsiębiorców powtarza: „Mnie ETS nie dotyczy, przecież nie mam komina – przetwarzam mięso, mam chłodnię albo montownię”. Nic bardziej błędnego. Elektrownia węglowa czy gazowa, sprzedając MWh energii elektrycznej, dolicza koszt uprawnień CO₂, które sama musiała kupić, do ceny prądu. W efekcie polski przetwórca żywności, pracujący na wielkich chłodniach, mroźniach i liniach pakujących, płaci potężny narzut klimatyczny w rachunku od dostawcy energii. W naszym węglowym miksie energetycznym ten rykoszet bije w małe i średnie firmy wyjątkowo dotkliwie.
Długofalowo najgroźniejsza staje się jednak kanibalizacja inwestycyjna. Każdy logicznie myślący przedsiębiorca wie, że aby przetrwać na rynku za pięć czy dziesięć lat, musi ciągle inwestować: w automatyzację, cyfryzację, nowe roboty na hali czy własne źródła energii. Tymczasem pula wolnych środków, z której opłaca się rozwój, zostaje wyczyszczona przez obowiązkowy wykup certyfikatów CO₂. Pieniądze, które mogły zbudować przewagę konkurencyjną firmy na dekady, zostają zamrożone w koszcie bieżącej zgodności regulacyjnej. To klasyczny wybór między zjedzeniem własnych nasion na zasiew dzisiaj a głodem jutro.
Ostatnim kanałem jest zjawisko, przed którym Bruksela latami odwracała oczy, a które dziś staje się faktem: carbon leakage, czyli ucieczka emisji. Rzadko wygląda ona tak dramatycznie jak zamykanie fabryki w Polsce i otwarcie jej następnego dnia w Turcji. Ucieczka jest cicha i odbywa się na poziomie zaopatrzenia. Gdy koszty bezpośrednie i pośrednie ETS podbijają cenę europejskich surowców i półproduktów, polski czy francuski producent zaczyna po prostu szukać tańszych zamienników. Zamiast kupować stal z europejskiej huty obciążonej ETS, sprowadza komponenty z Indii czy Azji Południowo-Wschodniej. Europa pozostawia na swoim terenie fabrykę montującą, ale jej cały emisyjny i najbardziej wartościowy łańcuch dostaw wypycha poza granice Unii. Efekt? Europejski biznes traci marżę i rynek, a światowa emisja CO₂ ani drgnie – zmienia jedynie adres na pieczątce przewozowej.
Mit bezpłatnych uprawnień i cicha emigracja łańcuchów dostaw
Rzecznicy ETS często powtarzają: „Przecież kluczowy przemysł dostaje darmowe uprawnienia!”. Jako praktyk powiem krótko: to półprawda.
Darmowe alokacje są wyznaczane na podstawie wskaźników (benchmarków) osiąganych przez 10% najbardziej wydajnych zakładów w UE. Jeśli prowadzisz zakład, który nie należy do światowej czołówki technologicznej (a większość średnich firm w Polsce nie należy), i tak musisz dokupować uprawnienia na rynku. Co więcej, darmowe uprawnienia w żaden sposób nie chronią Cię przed kosztem pośrednim zawartym w rachunku za prąd.
Do niedawna zwolennicy mocnego ETS twierdzili, że zjawisko ucieczki przemysłu (carbon leakage) to mit. Nowsze badania akademickie nie pozostawiają jednak złudzeń. Francuscy badacze (Pierre Coster, Julian di Giovanni, Isabelle Méjean) przeanalizowali zachowania tamtejszych firm. Co się okazało? Ucieczka przemysłu rzadko wygląda tak, że huta z dnia na dzień pakuje się i przenosi do Turcji. Działa to znacznie subtelniej: francuscy producenci zaczęli na masową skalę zastępować europejskie komponenty importem spoza Unii. Udział wysokoemisyjnych półproduktów sprowadzanych spoza UE wzrósł o 4,3 pkt proc., a zjawisko to nasilało się dokładnie wtedy, gdy rosła cena EUA.
Innymi słowy: europejska fabryka zostaje na miejscu, ale jej łańcuch dostaw powoli wyjeżdża do Azji lub Północnej Afryki. Europa traci wartość dodaną i miejsca pracy, a światowa emisja... nie spada ani o gram.
CBAM, czyli dziurawa tarcza
Unia Europejska dostrzegła ten problem i wprowadziła CBAM (Carbon Border Adjustment Mechanism) — tzw. cło węglowe. Zamysł był prosty: wyrównać szanse, obciążając importerów stali czy cementu opłatą odpowiadającą europejskiemu ETS.
Problem w tym, że polityczni projektanci CBAM zapomnieli o logice rynkowej sektorów downstream (przetwórczych). Owszem, chronimy europejską hutę. Ale polski czy niemiecki producent maszyn, urządzeń AGD czy konstrukcji stalowych musi teraz kupić droższą, obciążoną opłatą stal. Jego konkurent z USA czy Wietnamu kupuje tanią stal u siebie, montuje maszynę i sprzedaje ją na rynku globalnym — a nawet na rynku europejskim — taniej niż nasz rodzimy producent. Ochroniliśmy hutę, zabijając konkurencyjność fabryki maszyn.
Głos z terenu: Od stali po nawozy
Pracując w sektorze rolnym i przetwórczym, widzę ten efekt w skali mikro. Spójrzmy na branże, które są krwioobiegiem naszej gospodarki:
Głosy krytyczne — jak te podnoszone w debacie publicznej m.in. przez europosłankę Annę Bryłkę czy publicystów gospodarczych rozliczających koszty Zielonego Ładu — uderzają w punkt, gdy mówią o zagrożeniu deindustrializacją. Istotnie, spadek produkcji i wzrost importu w branżach energochłonnych to nie czarne scenariusze, lecz twarda rzeczywistość 2025 i 2026 roku. Choć uproszczeniem byłoby zrzucanie całej winy wyłącznie na ETS (kluczowe są też ceny samego gazu i słaby popyt), to bez wątpienia system ten dokłada ciężar tam, gdzie biznes balansuje na krawędzi opłacalności.
O tym, jak poważna jest sytuacja, świadczy fakt, że protestują już nie tylko polskie środowiska rolnicze czy przemysłowe. Niemiecki BDI wprost ostrzega, że rosnąca cena CO₂ przestaje być bodźcem do inwestycji, a staje się po prostu karnym podatkiem — bo firmy nie mają technicznej alternatywy (brak dostatecznej ilości taniego zielonego prądu czy infrastruktury wodorowej). Z kolei włoska Confindustria posunęła się w 2026 roku do apelu o czasowe zawieszenie ETS dla przemysłu przetwórczego.
Punkt zwrotny: Lipiec 2026 i polityczny przytomnik Brukseli
Najlepszym dowodem na to, że europejski model ETS doszedł do ściany, jest zachowanie samej Komisji Europejskiej.
17 lipca 2026 roku Komisja Europejska oficjalnie przedstawiła projekt reformy ETS, argumentując go potrzebą... ochrony konkurencyjności przemysłu.
Co znalazło się w propozycji?
To gigantyczne wycofanie się na z góry upatrzone pozycje. Bruksela zrozumiała, że jeśli dokręci śrubę jeszcze mocniej, w 2030 roku będzie miała co prawda czyste powietrze nad opustoszałymi halami fabrycznymi, ale nie będzie miała z czego sfinansować opieki społecznej, obronności czy samych inwestycji w OZE.
Wniosek dla Polski
Dla polskiego biznesu spór o ETS ma jeszcze jeden, bolesny wymiar. Nasz miks energetyczny oparty na węglu sprawia, że płacimy wyższą cenę pośrednią ETS niż Francja, pracująca na stabilnym atomie. Do tego dochodzi kwestia redystrybucji. Od 2013 roku aukcje ETS przyniosły budżetowi UE ponad 258 mld euro (z czego do polskiego budżetu wpłynęły dziesiątki miliardów złotych, w samym tylko 2024 roku było to ok. 3,84 mld euro).
Pytanie, które jako przedsiębiorca muszę postawić naszym rządzącym, brzmi: co zrobiliśmy z tymi pieniędzmi?
Gdyby miliardy z ETS zostały precyzyjnie wpompowane w budowę elektrowni jądrowych, rozbudowę sieci przesyłowych i wsparcie dla lokalnego przetwórstwa, dziś mielibyśmy tani prąd i silną pozycję. Jeśli środki te przejadano w bieżących wydatkach budżetowych, to sami skazaliśmy polski przemysł na cywilizacyjną podrzędność.
Europa nie musi rezygnować z ambitnych celów klimatycznych. Ale musi przestać być idealistą, który nakłada na własne nogi ołowiane buty, podczas gdy reszta świata startuje w maratonie w lekkich kolcach. Czas na pragmatyzm. Bez silnego, dochodowego i konkurencyjnego przemysłu oraz rolnictwa, zielona transformacja Europy nie będzie wzorem dla świata — będzie jedynie pouczającą przestrogą, jak na własne życzenie oddać gospodarcze podium.
Szczepan Wójcik
Prezes Instytutu Gospodarki Rolnej